Portugalczycy docierają do Przylądka Dobrej Nadziei cz. 1

Po dziesięciu latach wypełnił te oczekiwania pewien nadzwyczajny człowiek, trzeci syn Don Joao (Jana) I., Henryk, infant portugalski. Kanciasta, kwadratowa twarz Henryka mało mówiła o wewnętrznej wielkości jego, i tylko spokojny, jasny wzrok zwiastował wytrwałość w dojrzałych przedsięwzięciach. Nigdy wino nie przeszło przez jego wargi, które też nigdy od czasu jak szorstka broda je ocieniała, nie kosztowały ust kobiecych. Jeżeli postać Henryka przy pierwszym zetknięciu wydawała się groźną, go jednak nikt z tych, co go kiedykolwiek obrazili, nie mógł się pochwalić, że wydobył zeń grubiańskie gniewne słowo. Jako wielki mistrz obracał on wielkie dochody Zakonu Chrystusa, w myśl samej instytucji, na odkrycia i zdobycze na zachodnim wybrzeżu Afryki w celu rozszerzenia chrześcijańskiego kościoła. U świętego przylądka, gdzie wybudował willę do Ifante, albo Sagres, jak się później port nazywał, łączyli się z nim wszyscy szlachetni ludzie, zdolni do wielkich i czystych przedsięwzięć i ubiegający się w wypełnianiu pięknej dewizy Infanta: Talent de bien faire. (Zdolność czynienia dobrze). Niezmordowany w rzeczy, którą umiłował, ściągnął on zasłonę z niedołężnego lądu, który przez tysiące lat stawiał zaporę tęsknocie Zachodu, pragnącego zbliżyć się do Wschodu. I astrologicznie dawało się okazać powołanie infanta do wielkich odkryć, planeta bowiem jego poruszał się w znaku Wodnika, a zatem w domu Saturna, stróża wielkich ukrytych rzeczy.