Portugalczycy docierają do Przylądka Dobrej Nadziei cz. 16

Żeglarzem, który zostawił wycięcia u Zielonego przylądka, był Alvaro Fernandes. Odłączony burzą od towarzyszy, gorliwie prowadził swą podróż dalej, „nie chciał bowiem tracić czasu na porywanie ludzi, a tylko swemu panu, Infantowi, jakąś nowość przywieść”. Dopłynął on do przylądka, który od suchych palm nazwał przylądkiem Masztowym i caravela jego, powiada Azurara, w r. 1445 najdalej się była zapuściła.

W następnym roku 1446 jeden z najzasłużeńszych odkrywców, Nuno Tristao, posunął się dalej, za rzekę Rio Grandę, aż do pewnej małej rzeczki, gdzie jego statek otoczony został dziesięciu uzbrojonymi łodziami murzyńskimi, które zręcznie udawały ucieczkę, aż póki nie spuszczono w pogoń za niemi łodzi ze statku. Wówczas sypnęły na łódź i karawelę deszczem zatrutych strzał, i zanim można było dokonać odwrotu, już 19 żeglarzy było rannych. Nuno Tristao, widząc swoich towarzyszy szybko ulegających działaniu trucizny, sam umarł, czy także raniony strzałą, czy tylko ze zmartwienia, tak że na pokładzie został tylko notarjusz Aires Tinoco z czterema młodymi majtkami. Sterowali oni na północo-wschód, ponieważ sądzili, że w tym kierunku leży Portugalia i po całych dwóch miesiącach dostali się do Lizbony, nic przez ten czas nie widząc, prócz nieba i wody. Fakt ten zupełnie wiarogodny wzbudza w nas podziwienie dla Portugalczyków, którzy tak szybko postąpili w żegludze. Przed dwunastu jeszcze laty nie śmieli się oni wychylać o sześć mil mielizn przylądka Bojador, teraz kilku młodym marynarzom udało się na pełnym morzu odnaleźć trudną drogę z powrotem od Zielonego przylądka. Nie bez podstawy więc Wenecjanin da Mosto nazywa około tego czasu portugalskie karawele najlepszymi żaglowcami na świecie.