Portugalczycy docierają do Przylądka Dobrej Nadziei cz. 17

W północno-wschodnim passacie i w północno-atlantyckim prądzie dostawano się w dwadzieścia dni z Lizbony do Zielonego Przylądka. Ale z powrotem, gdy wiatr i prąd przeciwne, żeglowały okręty tylko dniem, korzystając z wiatru od morza, a w nocy stawały na kotwicy, ażeby nie cofać się w skutek prących ku południowi prądów. A i bez tego przy nieznanych brzegach mieli żeglarze zwyczaj na noc stawać na kotwicy o milę od brzegu, w dzień zaś nieustannie wypatrywali z masztu mielizn, podczas gdy ołowianka była ciągle w ruchu.

Klęska szlachetnego Nuno Tristao nie odstraszyła dzielnego odkrywcy Alvara Fernandeza od jeszcze dalszej wycieczki, mianowicie 110 legoas za Przylądek Zielony, gdzie jakkolwiek ranny w pewnej potyczce z Negrami dopłynął prawie do Przylądka Sierra Leone. Nigdzie nie udało mu się nakłonić krajowców do spokojnej wymiany, i bardziej lękali się Portugalczycy zatrutych strzał murzyńskich, niż murzyni niedołężnej jeszcze wówczas broni ognistej.

Tymczasem kazał Infant odszukać wyspy Azorskie, które podług morskich map włoskich czternastego stulecia musiały się znajdować w znacznej odległości na zachód od Portugalii. Gonęalo Yelho Cabral, komendador Almourala, odkrył 14 31 tylko skały Formigas, a w następnym roku 15. sierpnia Santa Marię. Wyspy te tak były dotychczas nietknięte, że ptaki tam dawały się najspokojniej łapać rękami.