Portugalczycy docierają do Przylądka Dobrej Nadziei cz. 5

Dotychczas w ojczyźnie Infanta na przedsięwzięcia jego złem okiem patrzano. Z niezadowoleniem porównywano rozchód z dochodem, i dzieła geniuszu, nieobjętej doniosłości, krytykowano z niskiego stanowiska mieszczańskiego bilansu. Ponieważ dotychczas odkryty był tylko płaski i piaszczysty brzeg Sahary, to zdawali się mieć słuszność mistrzowie starożytni, z największą pewnością utrzymujący, że ku równikowi gorąco się tak wzmaga, iż pod palącymi promieni słońca żadna żywa istota wytrzymać nie może. Ale teraz pod niską szerokością znaleziono nie tylko gęstszą rybacką ludność, ale i złoty piasek u niej i drogocenne pachnidło zwierzęce, piżmo. Po tym powodzeniu zaczęto inaczej patrzeć na infanta, a wyprawy za przylądek Bojador obiecywały teraz tak wielkie korzyści, że już 1444 sześć karawel pewnego handlowego towarzystwa w Lagos wypłynęło do archipelagu Arguim. Nie ulega to już żadnej wątpliwości, że porywanie ludzi było tą haniebną pobudką, której zawdzięczamy niejedno odkrycie tej wielkiej epoki. Infant wprawdzie milej witał marynarza, który zbadał jakieś nowe, dalsze wybrzeże, aniżeli najbogatszy połów niewolników, ale i on bez wahania brał piątą część łupu ludzkiego, jako swoją należytość. Polowanie na niewolników prowadziło do dalszych odkryć.